1 rok, 6 miesięcy, 3 dni

Po moich pięciu ślubnych koszmarach (o zgrozo, co będzie się działo za rok o tej porze?) wreszcie spałam spokojnie. Jak miło było wstać rano w objęciach Pana Narzeczonego, a nie zrywając się na równe nogi myśląc, że Pan Narzeczony nie zdążył na swój własny ślub!


Świeżo upieczonej Pani Narzeczonej sen z powiek spędza wszystko, ale na pierwszy plan wysuwa się pytanie: gdzie my zrobimy to Wesele? Natomiast Pan Narzeczony, opanowany i spokojny, półsłówkami odpowiada tylko: spoko, fajnie, ile kosztuje, jest klimatyzacja? a Panią Narzeczoną trafia szlag, że Ona szuka, a On też szuka, ale nowego bmw! Po wielu trudach pachnąca jeszcze umowa leży spokojnie w pięknie ozdobionej teczce przeznaczonej na ważny dzień.

Pani Narzeczona, choć tutaj lepiej pasuje określenie buszująca w zbożu, a raczej w internecie przekopałam się przez miliard restauracji, karczm, dworków, pałacyków i wszystkich innych miejsc, gdzie warto byłoby zrobić taką imprezę. W dobie internetu wysłałam masę e-maili z pytaniami (czułam się prawie jakby rozsyłała cv) i grzecznie czekałam na odpowiedź. Oczywiście, niczego nie świadoma, myślałam, że wszystko będzie pięknie i cudownie, że w każdej restauracji będzie mi się wszystko podobać i nie będę się mogła zdecydować! A tutaj? Psikus! Tutaj za drogo, tutaj nie ma napojów w cenie, tutaj brak klimatyzacji, tu osobna sala do tańczenia, tutaj liczą korkowe, tutaj nieprzyjemny właściciel, tutaj trzeba zapłacić całość przed weselem, tutaj nie ma zniżek dla dzieci, nie ma placu zabaw,  nie ma dekoracji sali w cenie i cała masa innych ale. Zaczęły się schody i drogą eliminacji (lista pytań do dziś zapisana w wordzie służyła swoją pomocą profesjonalnie, chyba lepiej niż konsultant ślubny) wybraliśmy się na degustacje (chyba najprzyjemniejsza część podróży) do punktów pozostałych na mapie. Pierwszy, nie przypadł Nam do gustu, ja Pani Narzeczona wielce zrezygnowana, marudząca, że już nic na pewno nie znajdziemy, a obok Pan Narzeczony zupełnie innego zdania (ach to magiczne zdanie przeciwieństwa się przyciągają..). Najwyższa pora pochwalić Pana Narzeczonego (jeszcze nie ma pojęcia o istnieniu tego bloga, to, nie mogę Go tak oczerniać) gdyż sam pojechał na kolejne spotkanie, ja niestety przegrałam z chorobą i spisał się na medal. Następnie podjęliśmy się próby numer dwa w tym samym lokalu, która zakończyła się szczęśliwie i wyszliśmy z papierkiem w ręce! Moje szczęście nie znające granic i smutna mina Pana Narzeczonego (biedny, chyba dotarło do niego, że nie ma już odwrotu). Na szczęście po opadnięciu wszystkich emocji oboje umieramy ze szczęścia, że ten element za Nami no i mamy już co jeść i gdzie się bawić!




0 komentarze:

 

Goście

Archiwum